Maciej Zajączkowski o 10th Commando

...Z północy doszedł do nich odgłos wybuchu, przytłumiony jakiś niezbyt głośny, ale wyraźnie usłyszeli, że składał się z dwóch natychmiast po sobie następujących eksplozji. - To chyba nasze ładunki przy oknie centrali telefonicznej - powiedział Pałach. - Widocznie zapalniki nie były idealnie zsynchronizowane. Ale co z ładunkiem przy samochodzie? - Poczekaj, pewnie zaraz i ten wybuchnie - odpowiedział któryś. Istotnie, po pięciu minutach dalszego marszu usłyszeli następny wybuch, silniejszy i wyraźniejszy. Opuścili drogę i na przełaj ruszyli w kierunku południowo-wschodnim. Właśnie patrol znajdował się w zagłębieniu terenu, gdy na horyzoncie ukazała się sylwetka żołnierza. Przypadli do ziemi. Niemiec szedł pochylony, przesuwając coś w rękach. - Sprawdza kabel telefoniczny - wyszeptał Cieniewicz. - widocznie jakiś posterunek ma przerwaną łączność. Albo przecięliśmy jego kabel przy drodze, albo może nie dostał połączenia na skutek zniszczenia centrali. Żołnierz szedł teraz wprost na leżących w zagłębieniu komandosów. Widocznie patrol skrył się tuż obok kabla telefonicznego. - Wziąć go żywcem - wydał rozkazy Pałach. - Konrad skoczy mu na plecy, Władek przytrzyma, a Jurek rozbroi. Minęła sekunda , może dwie, i Niemiec leżał na ziemi. Dwóch komandosów trzymało przy jego piersi sztylety, a trzeci celował z pistoletu maszynowego. - "Jimmy", tłumacz moje pytania - powiedział pchor. Pałach do Kejzmana. - Pieruna, to wy Poloki - odezwał się jeniec. - Jo tyż Ślonzok, możno godać po polsku.

...- Rotmistrz zabity... i Klajber... i Słowiński... - meldował cichym głosem por. Zemanek. W tej samej chwili st. strz. Decker dostał celny postrzał w tył głowy. Mózg bryzgnął na kamienie. Pchor. Bachleda wpadł we wściekłość. Na czele swej drużyny natarł na nieprzyjaciela z pasją i zaciętością. Jego "tommy-gun" pluł serię za serią na Niemców nie spodziewających się takiego gwałtownego ataku. - To za Franka! Za Heńka! Za Fredka! I za to, żeście mnie do nieprzytomności zbili w Zakopanem - wykrzykiwał i za każdym razem jakieś ciało z głuchym uderzeniem zwalało się na ziemię. Domek na wzgórzu dostał się znów w ręce komandosów. St. strz. Gendera, górnik z Francji, a teraz amunicyjny erkaemu, zmieniał właśnie stanowisko, gdy nagle trzy kroki przed sobą ujrzał wystającą zza kamienia lufę. Nie miał czasu na wyjęcie broni i z gołymi rękami rzucił się na osłupiałego wroga. W czasie szamotaniny spostrzegł, że drugi Niemiec czołga się, aby udzielić pomocy swemu kamratowi. Nie namyślając się wiele, prawą wyciągnął rewolwer, lewą wciąż dusił przeciwnika, i przez jego ramię wypalił do zbliżającego się się szwaba. Potem kolbą walnął w łeb tego pierwszego. Za murkiem jakiś Niemiec wycofywał się na czworakach, a por. Zalewski popędzał g go strzałami z pistoletu maszynowego. Wreszcie położył trupem na samym zakręcie ścieżki. Nieprzyjaciel umykał w popłochu, zabierając lżej rannych ze sobą. Koło domku leżało około trzydziestu zabitych, a liczni ranni jęczeli wokół. - Pomściliśmy rotmistrza - ktoś zauważył. - Ale to nam go nie wróci. Por. Zalewski kazał przeszukać kieszenie zabitych Niemców, aby z dokumentów móc wywnioskować, jaką jednostkę mają przed sobą. Wyciągali więc różne świstki papieru, jakieś listy z domu, dziś już nikomu nie potrzebne. St. strz. Kaczmarski podszedł właśnie do zabitego z głęboką raną od sztyletu w karku. To ten, który zwarł się z Kaszubskim. Z kieszeni wyciągnął kilka kartek papieru, spojrzał na nie i zawołał: - Panie poruczniku! Tu coś napisane po polsku! Porucznik podszedł wziął kartki do ręki. Urwana strona jakiegoś listu, pisana widocznie w okresie Bożego Narodzenia, duże, niewprawne litery, ale słowa polskie: ..."nadchodzą święta, jakie one będą to sam Bóg wie. Dla nas w każdym razie strasznie smutne, jakich my jeszcze nie przeżywali. Posyłam ci w tym liście opłatek, jeden od rodziców, a drugi od siostrów." Na znakach tożsamości nazwisko o polskim brzmieniu, urwany brzeg koperty ze stemplem "Posen" - Poznań. Przecież Kaszubksi też pochodził z Poznania...

...Wstający dzień nie przyniósł dużego ocieplenia. Od strony rzeki ciągnął nieprzyjemny, zimny wiatr. Rozpoczęła się strzelanina na prawym skrzydle. To jedna z kompanii Queens Regiment atakowała zbocze, z którego o świcie dnia poprzedniego musiała wycofać się pod silnym naporem Niemców. Z lewej, z rejonu opanowanego wczoraj przez polskich komandosów, dochodziły znów odgłosy ognia armatniego. Po chwili nadbiegł żołnierz z sąsiedniego batalionu z wiadomością, że z pola walki zniesiono ciężko rannego komandosa. Okazało się, że był to st. strz. Mielczarek, przydzielony do jednego z angielskich oddziałów jako tłumacz. Poprzedniej nocy, podczas natarcia został on kilkakrotnie ranny w nogi oraz miednicę i nie mógł się poruszać. Przeciwnatarcie niemieckie odrzuciło o świcie Anglików, którzy pozostawili ciężko rannego na polu walki. Nadeszli Niemcy. Mielczarek przeżył chwile trwogi, bo dwóch młodych żołnierzy chciało go natychmiast dobić. Na szczęście w porę zjawił się podoficer dowodzący drużyną, który nie tylko nie pozwolił go zamordować, ale opatrzył mu rany. Ponieważ nie mógł ewakuować rannego przez kamieniste górskie zbocza na niemieckie zaplecze, zatrzymał go na swoim stanowisku ogniowym. I tak przeleżał Mielczarek całą dobę na niemieckiej placówce. Podoficer zajął się nim troskliwie. Dał mu jeść i pić i jeszcze raz zmienił opatrunki. Nad ranem wyszło silne natarcie Anglików. Podoficer o ludzkim sercu bronił się do ostatka, wreszcie padł śmiertelnie ugodzony pociskiem. Ci Niemcy, którzy chcieli dobić rannego, uszli cało, gdyż wycofali się zawczasu w bezpieczne miejsce.

...Por. Giecewicz z jedną drużyną udał się na rozpoznaniem terenu z lewej strony. Na niewielkim pagórku stał samotny dom, który mógł być obsadzony przez Niemców. Podchodzili do niego ostrożnie, kryjąc się przed ewentualnym obserwatorem. Kiedy byli już blisko, porucznik część drużyny zostawił przed budynkiem, jako ubezpieczenie, sam zaś z pięcioma komandosami podczołgał się aż pod jego ściany. Dokoła panowała cisza, tylko zza węgła dochodziło jakieś chrząkanie i pokwikiwanie. Giecewicz gestem nakazał, by jego ludzie zatrzymali się, sam zaś wysunął głowę za róg budynku. Pod ścianą leżał prosiak, ranny odłamkami pocisku artyleryjskiego lub moździerza, i kwiczał cicho. Pozostała piątka podeszła bliżej. Dopiero teraz zobaczyli leżące w pobliżu zwłoki ks. Waculika, a obok niego ciało innego żołnierza z oznakami "Commando" na rękawie. Ogród pokryty był lejami po wybuchach pocisków artyleryjskich. Za domem teren opadał w dół i w odległości kilkudziesięciu metrów widać było stanowiska broni maszynowej i okopy nieprzyjaciela. Nowa nawała pocisków z moździerza spadła na dom. Komandosi rzucili się do lejów, by schronić się przed odłamkami. Trzech z nich kuliło się w jednym dole, gdy nagle coś ciepłego zwaliło się im na głowy. Zastygli przerażeni, nie wiedząc co się dzieje, wreszcie po chwili zdali sobie sprawę że ranny prosiak też postanowił szukać schronienia między ludźmi i wskoczył za nimi do leja. Gdy ogień ustał, por. Giecewicz postanowił zaryzykować i wziąć Niemców do niewoli. Sześciu komandosów zbiegło w dół z bronią gotową do strzału. "Hande hoch!", krzyczeli, ile sił w płucach. Niemcy w okopach nie strzelali, ale rąk też nie podnieśli do góry. Polacy stanęli na przedpiersiu okopu z bronią wycelowaną w dół i por. Giecewicz, który biegle władał niemieckim, powiedział: - Poddajcie się, nie macie żadnych szans. Otacza was ponad dwustu polskich żołnierzy. Wystrzelają was jak kaczki. - Skąd możemy wiedzieć, że jesteśmy naprawdę otoczeni? - odezwał się jeden z Niemców, podoficer. - A czy myślisz, że poszlibyśmy do was, gdybyśmy nie mieli ubezpieczenia ogniowego ze wszystkich stron? - blefował dalej dowódca plutonu. - Czy rozstrzelacie nas jeżeli się poddamy? U nas wszyscy mówili, że Polacy rozstrzeliwują jeńców. - Nic podobnego! - z oburzeniem odpowiedział por. Giecewicz.- Zaręczam wam oficerskim słowem honoru, że włos wam z głowy nie spadnie. Teraz Niemcy zaczęli wypytywać, co się stanie z ich prywatnymi drobiazgami, gdyż usłyszeli, że Polacy zabijają jeńców, a jeśli któremuś przypadkowo uda się uniknąć tego losu, to zostaje doszczętnie obrabowany. Ale i co do tego zostali uspokojeni. Nawet gdyby im odebrano rzeczy osobiste, to będą one spisane i w odpowiednim czasie zwrócone. Ponieważ jednak mogłoby się zdarzyć, że jakiś żołnierz z pierwszej linii połakomiłby się na dobry zegarek, poradzono im, aby co wartościowsze rzeczy ukryli w rękawach mundurów. Wysłuchawszy tych dobrych rad Niemcy odbyli krótką naradę i postanowili się poddać. - Wychodzić pojedynczo i składać broń! - zakomenderował porucznik. Niemcy wyłazili z okopu i rzucali broń na ziemię. Było ich ponad trzydziestu, wszyscy wyraźnie zmęczeni, brudni i zarośnięci. Gdy ostatni z nich złożył karabin, por. Giecewicz odetchnął z ulgą - był cały mokry z emocji.

---
Fragmenty książki "Sztylet komandosa" Macieja Zajączkowskiego, Wyd. Bellona, Warszawa, 1991

Links:

informacje o Macieju Henryku Zajączkowskim w Wikipedia.pl