Rajmunda Szubańskiego "Czarne berety", (fragmenty o walce 10 bk w 1939r.)

(...)ciężkie i trudne boje toczyły nieliczne i rozczłonkowane oddziały polskiej broni pancernej także i w drugiej fazie walk - na linii głównego oporu polskiej armii. Skutecznością działań wyróżniał się tutaj nowoczesny związek taktyczny - zmotoryzowana 10 brygada kawalerii.(...) W skład 10 brygady kawalerii weszły dwa zmotoryzowane pułki, batalion saperów, dywizjony artylerii, przeciwpancerny i rozpoznawczy, bateria artylerii przeciwlotniczej oraz mniejsze pododdziały i służby. Broń pancerna reprezentowana była przez kompanię lekkich czołgów oraz kompanię i szwadron czołgów rozpoznawczych. Ogółem uzbrojenie brygady stanowiło 16 czołgów lekkich i 26 rozpoznawczych, 8 dział polowych, 4 armaty przeciwlotnicze, 30 armat przeciwpancernych, 4 moździerze, 55 ciężkich i około 120 ręcznych karabinów maszynowych oraz broń osobista żołnierzy. Liczyła ona przeszło 4000 ludzi, a jej środki transportowe stanowiło około 500 samochodów ciężarowych, specjalnych i ciągników, jak i prawie 300 motocykli. Była to jednostka o skromnych rozmiarach, przedstawiająca równowartość dwóch silnych batalionów, dobrze wyposarzonych w broń przeciwpancerną i maszynową, a słabo w wozy bojowe. Jej wartość i przydatność polegała na znacznej ruchliwości, a nie na sile przebojowej. Organizacja, uzbrojenie i sprzęt pozwalały na wykonywanie samodzielnych zadań w ograniczonym tylko zakresie, predestynując brygadę wyłącznie do działań obronnych. Stojąca na kwaterach pod Krakowem 10 brygadę zaalarmowano w związku z ciężką sytuacją, jaką już w pierwszych godzinach wojny wytworzyła się na lewym, karpackim skrzydle armii "Kraków", gdzie nacierał niemiecki XXII korpus pancerny. Brygada otrzymała zadanie powstrzymania nieprzyjaciela w cieśninach Beskidu Wyspowego i wyruszyła do rejonu Jordanów - Chabówka. W dniach 2. i 3. września odniosła pierwszy sukces, odpierając kilkakrotnie wznawiane i wspierane lotnictwem natarcie 2 dywizji pancernej. Obronę brygady wspomagał także przybyły na jej odcinek 51 pociąg pancerny. Jego dowódca, kapitan Józef Podgórski, wysłał do prowadzenia obserwacji i koordynowania ognia artylerii przydzielone do pociągu stare czołgi Renault FT. 17, wyposarzonoe w dodatkowe urządzenia pozwalające im na poruszanie się po torach kolejowych. Wykorzystując przekazywane przez nie informacje, działa pociągu wielokrotnie kładły celny ogień na Niemców atakującyc polskie pozycje na przedpolu Jordanowa. W pojedynku ogniowyn z nieprzyjacielską artylerią załoga pociągu poniosła znaczne straty. Ciężko ranny został między innymi kapitan Podgórski. Po południu 3. września na lewe skrzydło związanego od czoła walką 10 pułku strzelców konnych wyszły znaczne siły niemieckie. Dowódca brygady, oułkownik dyplomowany Stanisław Maczek, skierował tam 121 kompanię czołgów Vickers, która wykonała spod Krzeczowa energiczne przeciwuderzenie i odrzuciła czołowe rzuty przecinika, co pozwoliło następnie odwodowemu szwadronowi pułku zlikwidować włamanie. Drugą jednostką niemieckiego korpusu była 4. dywizja lekka. Dywizje te tworzono drogą motoryzowania pułków kawalerii, które uzupełniano różnymi dla każdej jednostki elementami pancernymi. 3. września 4. dywizja lekka przełamała obronę batalionu Korpusu Ochrony Pogranicza i posunęła się od Chabówki do Mszany Dolnej. Pułkownik Maczek postanowił przerzucić na ten odcinek 24 pułk ułanów wzmocniony dwiema kompaniami czołgów i zatrzymać tymi siłami posuwanie się wroga w cieśninach Beskidu Wyspowego. Manewr ten, odpowiadający charakterowi 10. brygady kawalerii, wymagał od wykonawców dokonania 60-kilometrowego nocnego przemarszu po górskich, wąskich, zatłoczonych drogach. Planując go sztab brygadynie znal rozmiarów fali ewakuacyjnej, zalewającej tyłowy obszar armii "Kraków". Do Myślenic przemarsz był powolny, ale odbywał się bez przeszkód, w samym miasterczku sprężyście działał pluton regulacji ruchu, ale gdy kolumna załębiła sę w ciemną boczną droę na Dobczyce, napotkała tam zabity zator pojazdów konnych. Przykro było patrzeć na te tłumy wędrowców ogranietych panikąi idących teraz przed siebie bez celu i opieki. Odwoływanie się do zaspanych woźniców nie dawało rezultatów, splątanie zaprzęgów było takie, że dwurzędowa ich kolumna tworzyła jedną zbitą masę. Nalezało samemu przecinać te węzłyz całym zdecydowaniem. Dowódcy obu kompanii czołów, porucznicy: Stanisław Rączkowski i Zdzisław Ziemski, osobiście przystąpili do dzieła. Energicznie, nie żałując łosu, zaczęli rozplątywać długi zator, usuwając na bok liczne wozy. Wbrew wszystkiemu musieli wykonywać to niełatwe zadanie, w przeciwnym bowiem razie unieruchomiona kolumna brygady byłaby zaatakowana przez wroga z powietrza, a co więcej, Niemcy przedostaliby sie bez walki na tyły polskiego zgrupowania. Udało im się w końcu zrobić przejazd i podjąć marsz. Jadąc w ślimaczym tempie przedostali się jednak przed końcem nocy przez strefę zatorów i w Dobczycach skierowali się na południe. Przed świtem żołnierze byli już na stanowiskach wyjściowych. (...) Natarcie w szerokiej dolinie, między dwoma łańcuchami wzgórz, w odkrytym, lekko pofałdowanym terenie, miało sznse powodzenia w przypadku zaskoczenia przeciwnika. Tak też się i stało. Wyprzedziło ono przygotowany atak sił niemieckiej 4. dywizji lekkiej. Wkrótce jednak Niemcy ochłonęli, ogień ich broni maszynowej, moździerzy i artylerii nasilił się tak dalece, że czołowe szwadrony 24 pułku stanęły w miejscu. Wówczas oułkownik Kazimierz Dworak postanowił zrobić użytek z przydzielonej mu broni pancernej. Czołgi trzymano dotąd w tyle, by warkotem swoich silników nie zdradziły przygotowywanego uderzenia. Teraz wyjechały ze wsi Kasina Wielka, minęły osłaniający je przed obserwacją lasek i skierowały się wprost na nieprzyjaciela. Zatrzymały je na chwilę urwiste brzegi spływającego z gór strumienia, ale Vickersy znalazły się wkrótce mniej strome miejsce. Za nimi poszły niniejsze tankietki. Pojawienie się polskich wozów bojowych uskrzydliła natarcie, zwłaszcza że skoncentrował się teraz na nich ogień przeciwnika. Opanowano niewielki przysiółek, potem pozycję na poanującym nad doliną wzniesieniu. Walki przeniosły się w pobliże toru kolejowego i potoku Słomka. Do kontrataku ruszyły niemieckie czołgi, ale ostrzelano je celnym ogniem w zgodnym współdziałaniu czołgistów i plutonu działek przeciwpancernych. Trzy pojazdy wroga pozostały na placu boju. Nieprzyjaciel ponowił jednak swe wysiłki, poprzedzając je tym razem silnym przygotowaniem artyleryjskim. Na polach aż zaroiło się od malowanych na ciemnoszery kolor niemieckich pojazdów pancernych. Pod ich naporem ułani musili cofać się krok za krokiem, wspomagani w trudniejszych momentach krótkimi wypadami polskich wozów bojowych. Niełatwa to była walka. 4. dywizja lekka rozporządzała batalionem czołgów i czterema szwadronami samochodów pancernych. Gdzie tylko nie zwróciły się polskie czołgi, natrafiały na wielokrotnie przeważającego przeciwnika. W toku całodziennych walk utracono dwa Vickersy i kilka tankietek, ale na pozycjach wyjściowych powstrzymano wreszcie napór nieprzyjaciela. Nie zyskał on już ani jednego metra terenu i tylko słabsze elementy niemieckiej 4. dywizji przedostały się bocznymi drogami na wschód. Piątego września brygada była naciskana silnie na całej szerokości swej obrony. Na lewym skrzydle dywizjon rozpoznawczy pozostawał w kontakcie bojowym z oddziałami świerzo wprowadzonej 3. dywizji górskiej. Jej obrona przeciwpancerna zniszczyła zniszczyła w toku całodziennych walk kilka TKS-ów. Osiem pozostałych wykonało wypad w kierunku tymbarku, stwierdzając że przez miasteczko przechodzą silne kolumny zmotoryzowane, wchodząc na tyły ugrupowania armii "Kraków". Rano 121. kompania wraz ze szwadronem 24. pułku wykonała udany kontratak koło Szczyrzyca i po odrzuceniu czołowych elemntów 4. dywizji lekkiej i ustabilizowaniu tu w samą porępołożenia powróciła do odwodu. Po południu Niemcom udało się opanować ważny węzeł drogowy w Myślenicach. Do sztabu brygady wpadł skrajnie wyczerpany goniec. Słaniając się na nogach wykrztusił przerywanym głosem: -Niemieckie czołgi... Ruszyły z Myślenic... Szef sztabu 10 BK major dyplomowany Franciszek Skibiński kazał natychmiast wezwać porucznika Rączkowskiego i wydał rozkaz wykonania kontrataku na Myślenice. Nie upłynął kwadrans, gdy Vickersy 121. kompanii były już w drodze. Tymczasem jednak do sztabu przybył motocyklista z meldunkeim od dowódcy dywizjonu rozpoznawczego, majora Ksawerego Święcickiego: "Nacierają na mnie od czoła, a duża liczba czołgów zachodzi mnie od wschodu. Jeżeli natychmiast nie dacie pomocy, to obrona pęknie". Niebezpieczeństwo było poważniejsze, gdyż groziło przecięciem drogi odwrotu brygady. W kierunku Myślenic skierowano więc awaryjnie baterię przeciwlotniczą, a do porucznika Rączkowskiego pojechał goniec z rozkazem zawrócenia kompanii. Na wąskiej drodze, obramowanej stromymi stokami i uskokami, nie było to wcale takie proste i zxabrało sporo czasu. Z ust poirytowanych czołistów padło niejedno gorzkie słowo na temat sztabu i sztabowców. Po przybyciu do rejonu Krzesławic kompania rozwinęła się i wraz z żołnierzami dywizjonu rozpoznawczego i dwoma szwadronami 24. pułku ułanów przystąpiła do kontrataku. Powstrzymał on Niemców i do wieczora panował już tutaj spokój. Postępy Niemców na odcinku Myślenic zmusiły brygadę do odejścia w kierunku Wiśnicza. Utrzymywana przez nią zapora w Beskidach pękła dopiero po czterech dniach zmagań, które uratowały od okrążenia armię "Kraków". Mimo znacznej przewagi w sile żywej, wielokrotnej w artylerii, a przygniatającej w broni pancernej, niemiecki XXII korpus posuwał się w tym czasie z przeciętną prędkością zaledwie 7 kilometrów dziennie! Zadanie swe mogła 10 BK wypełnić dzięki temu, że rozporządzała taką samą jak przeciwnik ruchliwością i odpowiednim do jego zwalczania uzbrojeniem. Korpus pozostał jej przeciwnikiem aż do połowy września. (...)

/na podstawie: Rajmund Szubański "Czarne berety", Bellona 1997r./ przepisane przez "jiser'a" na Szanownym Forum CMHQ-PL